Dni były niesamowicie krótkie, a śnieg prószył nieustannie pokrywając wszystko białym puchem.
Pomimo, że było ciemno dookoła śnieg rozświetlał drogi i pobliskie alejki.
Właśnie przemierzała jedną z nich krocząc prosto do pubu pod Trzema Miotłami.
Musiała chuchać na dłonie, bo nawet pomimo rękawiczek, mróz był tak srogi, że drętwiały jej palce.
Już dawno nie była tak zestresowana.
Czego mogła się spodziewać?
Nie wiedziała.
Pociągnęła na czoło czapkę szczelniej opatulając uszy i przyspieszyła kroku. Śnieg skrzypiał pod butami czym doprowadzał ją do szaleństwa. Zawsze wywoływało w niej to dreszcze i z jakiś nieznanych powodów sprawiało, że w sercu rodził się niepokój. Strzepnęła z ramion śnieg i pchnęła drewniane drzwi.
Od razu uderzyła ją fala przyjemnego ciepła. Ścierpnięte policzki zapiekły, a nos zaświecił jeszcze bardziej swoją czerwonością.
Odruchowo rozejrzała się po barze z nadzieją, że ten, na którego czeka już przybył.
Jednak żadna twarz nie pasowała jej. Nikt nie spojrzał na nią. Jedynie madame Rosmerta obdarzyła ją łaskawym spojrzeniem i podbródkiem wskazała stolik.
Serce Dafne podskoczyło. Bała się spojrzeć w tamtą stronę.
Czy madame Rosmerta wskazała chłopaka, z którym umówiła się?
Zamknęła oczy i okręciła się w kierunku wskazanego miejsca.
Serce obijało się o żebra z hukiem, a dłonie natychmiast spociły. Szybko zacisnęła je w pięści i ze strachem otworzyła oczy.
Żal?
To co poczuła można tak nazwać. Żal to dobre słowo.
Madame Rosmerta wskazała jedynie wolny, pusty stolik, przy którym Dafne mogłaby usiąść. Ale jednocześnie zrodziła się w niej ulga, że na razie nikogo tam nie ma.
Za poleceniem madame zajęła wolne miejsce uprzednio złożywszy zamówienie na ciepłą herbatę brzoskwiniową.
Kurtkę odwiesiła na krześle i siedząc tyłem do drzwi czekała.
Czterdzieści pięć po dwunastej.
Madame Rosmerta przyniosła jej upragnioną herbatę i dorzuciła kilka cynamonowych ciasteczek.
Zapytała jeszcze o szkołę i odeszła.
Czterdzieści siedem po dwunastej.
Zaczęła się denerwować.
W zasadzie to nie ustalili konkretnej godziny spotkania. Miała zjawić się pod trzema miotłami. To wszystko. I czekać.
Ale ile?
Ile czekać ma na niego? Ile czasu tu siedzieć?
Czterdzieści dziewięć po dwunastej.
Do herbaty wrzuciła cytrynę, którą podała jej madame wraz z herbatą. Mieszając aluminiową łyżeczką obserwowała jak wirują fusy. Próbowała coś w nich dostrzec, ale sama nie wiedziała czego szuka.
Chwyciła jedno cynamonowe ciasteczko i zamoczyła je w herbacie.
Gdy tylko ugryzła kawałek natychmiast odrzuciła je z powrotem na talerzyk.
„Nic dziwnego, że ta baba je rozdaje od tak. Ohydztwo.” - pomyślała i język wytarła w rękaw, po czym upiła łyk herbaty.
Pięćdziesiąt jeden po dwunastej.
Usłyszała za plecami jak malutki dzwoneczek wiszący nad drzwiami poinformował gospodynię, że właśnie pojawił się kolejny klient.
Znów poczuła jak w gardle rośnie jej wielka gula.
„Przestań się tak denerwować, idiotko?!” - skarciła się w duchu.
Trzynasta dwie.
Czekała dziesięć minut jednak nikt nie podszedł do jej stolika.
Usłyszała, że do pubu wsypała się grupka Ślizgonów. Rozpoznała głosy Milicenty Blustrode, Pansy Parkinsona i Blaise'a Zabiniego. Chwilę po tym dreszcze wywołał okropny śmiech Malfoya. Szybko na głowę naciągnęła kaptur, by żadne z nich nie rozpoznało jej.
Nie miała ochoty na jakiekolwiek rozmowy z nimi.
Trzynasta pięć.
Nie udało się.
- Cześć, Dafne.
- Blaise... idź stąd. - pogoniła go machnięciem dłoni.
- A to niby dlaczego?
- Jestem umówiona. Czekam na kogoś, a ty z pewnością wystraszysz tę osobę.
Co to było?
Sama nie wiedziała.
Ale to coś co pojawiło się w oczach Blaise'a nie potrafiła nazwać.
- Wiem, że jesteś umówiona. - usiadł naprzeciwko niej i zaczął uważnie obserwować jej twarz. - Ja też... - zniżył nieco głos.
- Niemożliwe... - wyszeptała.
- Wcale, że nie. - wyciągnął ręce i objął jej dłonie. - Wybacz, że tak długo czekasz.
- Przestań mnie dotykać! - zapiszczała i szybko wyrwała swoje dłonie. - Czego ty chcesz?! - Blaise na te słowa tylko cicho westchnął.
- Wiedziałem, że tak będzie. Pisałem wielokrotnie, że nie zaakceptujesz mnie.
- I się jednak nie myliłeś. Przyznaj się, to kolejny durny żart Malfoya, co? - syknęła. Poczuła jak z każdą chwilą od pojawienia się Blaise'a wściekłość narasta. Gniew rozrywał ją od środka. - Jak ja mogłam tak się dać podejść?! Jestem jakąś kretynką! Dlaczego od razu się nie domyśliłam?! - patrzyła przed siebie i dyszała ze złości.
- Nie prawda... Dafne, proszę pozwól mi wyjaśnić. - znów sięgnął po jej blade dłonie, ale ta ubiegła go i szybko przyciągnęła do siebie.
- Chyba jasno się wyraziłam, że masz mnie nie dotykać! - zerwała się na równe nogi przewracając krzesło. Całym tym zamieszaniem ściągnęła na siebie wzrok reszty klientów, których zaciekawił hałas. - Dziwię się jak bardzo możecie być podli... - poczuła jak oczy ją zapiekły i odwróciła wzrok. - Nie wiedziałam, że nie macie granic. Świetnie wam idzie... jesteście najlepsi w niszczeniu życia innym. Nie wystarczy wam gnębienie mnie i upokarzanie? Jeszcze musieliście zagrać na moich uczuciach? Malfoy może być dumny, ale ty? Nie wierzę... - na wysuszonej mrozem skórze Dafne pojawiły się mokre ścieżki od niechcianych łez. Zaczęła gorzko płakać. Nie mogła złapać tchu.
Trzynasta dwanaście.
Wybiegła z pubu.
Bez kurtki, bez rękawiczek.
Gniew i żal rozgrzewały ją na tyle mocno, że nie odczuwała chłodu.
Cała sytuacja podniosła jej adrenalinę.
Jak oni śmieli! - szła szybkim krokiem i łykała gorzkie łzy. - Podłe śmiecie! Dlaczego ja?! - zatrzymała się i opadła na ośnieżoną ławkę. Twarz skryła w dłoniach i płakała.
Płakała, bo żałowała, że przestała być ostrożna.
Płakała, bo żałowała, że kiedykolwiek napisał do niej.
Płakała, bo żałowała, że dała się oszukać.
Płakała, bo żałowała, że zaufała mu.
Płakała, bo bolało ją serce.
Znowu brutalnie zdradzona i ściągnięta na ziemię.
Coś, co dawało jej szczęście, przestało istnieć.
Stało się najgorszym koszmarem.
- Nie becz. - usłyszała nad głową.
Podniosła wzrok i ujrzała Malfoya.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz