Huragan część I
Więzienie to nie zawsze zakład karny otoczony grubymi murami i zaklęciami ochronnymi, w którym oddajesz się resocjalizacji, wracasz na dobrą ścieżkę moralności i zaczynasz żałować za swoje czyny.
Ludzie powiadają, że są często więźniami własnych emocji czy też uczuć. Znajdą się tacy, którzy wciąż żyją przeszłością, zamknięci w niej nie dostrzegają piękna teraźniejszości.
Spotkałam ludzi, którzy byli więźniami nienawiści. I tych, którzy wciąż uparcie wierzyli, że miłość nadejdzie razem ze szczęściem. Czasem jesteś więźniem swojego sumienia. Gdy nie możesz wyjawić ogromnych sekretów, choć pragniesz tego całym sercem.
Jednak w naszym świecie istnieją dwa rodzaje więzień.
O tym, do którego trafisz, decydują twoje grzechy, a raczej ich waga.
Kiedyś, gdy miałam trzynaście lat i mój system wartości moralnych działał na najwyższych obrotach, poznałam Syriusza Blacka. Byłego więźnia Azkabanu.
Wtedy uważałam go za najgroźniejszego mordercę w całym wszechświecie. Jak mogłam myśleć inaczej, skoro odsiadywał swój dożywotni wyrok w Azkabanie, naj bardziej mrocznym miejscu na ziemi, gdzie dementorzy składają swe śmiertelne pocałunki, a ty tracisz zmysły. Przestajesz być człowiekiem, powoli zamieniasz się w kłębek nerwów. A potem, gdy już jesteś całkowicie wyzuty z uczuć nawet nie wiesz czym jest stres i ból. Po prostu wegetujesz jedynie postrzegasz niebieski kolor.
Ja mogłam być teraz na Bora Bora. Albo w innym równie egzotycznym miejscu.
Mogłam cieszyć się zasłużonym urlopem po niewdzięcznej pracy dla Ministerstwa Magii i pić poncz ze smoczej krwi z palemką, albo idealnie schłodzone piwo kremowe opalając swe blade ciało na jednej z dzikich plaż. Mogłam upijać się gdziekolwiek bym chciała aż do nieprzytomności. Na ulicach Paryża, a potem teleportować się do Wenecji i czarować urokami tych wszystkich przystojnych, ulizanych chłoptasiów przesiadujących w barach i kochać się z nimi w najdzikszy znany mi sposób. A rano po wszystkim wydawać niezliczone sumy galeonów na cholernie drogie sukienki w londyńskich butikach i pić ulubioną kawę irlandzką z ognistą whisky.
Mogłam.
Ale teraz odsiaduję swój dwuletni wyrok w dawnym Nurmengardzie.
I załatwiam się w ubikacji bez drzwi w Bloku D, a na stołówce zamiast drinków z palemką dostaję rozlazłe kluski punkt ósma rano.
Dawniej to było miejsce dla tych, którzy stali na drodze Grindelwalda ku jego władzy. Zimna, obskurna twierdza, w której sam został zamknięty, a później zamordowany przez Voldemorta za to, że nie chciał wyjawić sekretów Czarnej Różdżki.
Po jego śmierci był to pusty, strzelisty budynek, straszący samym widokiem. Dzisiaj jest to zwykłe więzienie. Nie trafia się tu za morderstwo czy użycie zaklęcia niewybaczalnego. Od tego jest Azkaban, uważany za więzienie o zaostrzonym rygorze.
Nurmengard przypomina teraz mugolskie zakłady karne. Różni się tym, że zamiast drutów kolczastych pod wysokim napięciem są nałożone zaklęcia ochronne zapobiegające teleportacji, animagii i użyciu magii niewerbalnej. Mamy swoje szare, niewyróżniające nas uniformy z identyfikatorami, spacerniak z bieżnią i ciasne boksy a w nich dwa łóżka.
W wyższych piętrach znajdują się izolatki. Roxanne opowiadała, że to namiastka Azkabanu, która ma przypominać nam, że możemy tam trafić w każdej chwili. Ciemne, zimne pomieszczenia bez okien i jedynie rozjaśnione światłem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Można tam stracić poczucie czasu. Nawet nie wiesz kiedy jest dzień, a kiedy noc. I jedyne co robisz to reflektujesz nad swoim zachowaniem.
A na to w więzieniu masz mnóstwo czasu.
Jestem Hermiona Granger.
Były członek Komisji Magicznego Handlu w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Obecnie więźniarka numer 2884, Czarodziejskiego Zakładu Karnego Nurmengard.
Dokładnie sześć miesięcy temu dostaliśmy zgodę z Wydziału Substancji Odurzających na import składników do eliksiru Hora Letum*.
To było duże zamówienie, a substancja niebezpieczna na tyle, że wszystko musiało przejść przez Ministerstwo. Głównie chodziło o zaimportowanie Rozkownika* w niestandardowej ilości. W takich przypadkach klient musi zgłosić się do naszego biura i wystosować odpowiednie podanie, podkreślając w nim w jakim celu zamierza wykorzystać eliksiry lub jego składniki. Oczywiście odbyło się parę szybkich przesłuchań dla zasady, gdzie nieustannie pytaliśmy o to samo. Nie pamiętam co wtedy odpowiedział. Przecież to był Geoffrey Jenkins z Urzędu Łączności z Mugolami. Każdy go znał i ufał mu.
Potem już były tylko zgody Szefów wydziału i w końcu mogliśmy skontaktować się z serbskim Ministerstwem aby rozpocząć import.
Wszystko potoczyło się zbyt szybko.
To był Jenkins, zaufany pracownik biurowy . Nie skupiliśmy się na nim. Całą naszą uwagę poświęciliśmy próbie przemytu Truskawkowych Krwotoczek Weasleyów. Zawierały w sobie nielegalne substancje odurzające i całe dnie współpracowaliśmy ze Służbami Pomocniczymi Wizengamotu.
Cholerny Jenkins.
Każdy mu ufał. Nie było żadnych podstaw aby tego nie zrobić.
Mnie się spieszyło, przemyt był wtedy naszym poważnym problemem. Nie dopełniłam formalności i jako szef Komisji Handlu podpisałam zgodę.
Ściślej mówiąc wyrok na siebie.
Zostałam oskarżona o udział w przemycie szkodliwych roślin magicznych jak i w nielegalnych eksperymentach na mugolach zagrażających ich życiu oraz za korupcję.
Cholerny Jenkins.
Stwierdziłam, że ostatnie sprawdzenie jego intencji nie jest teraz ważne. Nie raz zamawiał produkty w ogromnych ilościach, zawsze był czysty.
Tym razem wpadł.
A wszystko przez mugola Artura Lamera, jednego z zakładników Jenkinsa. Udało mu się uciec i całą sprawę zgłosił na policję. Sprawę szybko przejęło Biuro Dezinformacji, bo dziennikarze szukający pikanterii znaleźli idealną pożywkę. Szalony naukowiec katuje swoje ofiary jak zwierzęta doświadczalne niczym Doktor Mengele. Informacja obiegła cały kraj w ekspresowym tempie, a Amnezjatorzy mieli ręce pełne roboty jak jeszcze nigdy.
Ale to tamten dzień pamiętam dokładnie.
Wyszłam z Sally Donovan na lunch. Zatrzymałyśmy w kafejce na rogu tuż obok wejścia do Ministerstwa. Piłam jak zwykle swoją irlandzką kawę. Sally była Niewymowną. Dlatego tak bardzo uwielbiałam jej towarzystwo. Nie znosiłam rozmawiać o pracy podczas przerw, a jej zobowiązania były mi na rękę. Pamiętam, że rozmawiałyśmy o urlopie. Sally pragnęła odpocząć w Ameryce Południowej, a ja śniłam o lazurowych plażach Polinezji.
Funkcjonariusze Czarodziejskiej Policji pojawili się bezszelestnie, jakby wyrośli spod ziemi. Poprosili bym poszła z nimi.
Nawet nie podejrzewałam, że to chodzi o mnie. Myślałam, że chcą kolejnych raportów z przemytu Krwotoczek.
Już miałam ich zbyć kiedy usłyszałam o zatrzymaniu mnie.
Miałam wrażenie, że ktoś nagle wyłączył film.
Właśnie piłam kawę z Donovan, gdy nagle znalazłam się w Tymczasowym Areszcie przy Wizengamocie.
Wtedy czas się zatrzymał.
Proces nie trwał długo.
Wszystko było czarno na białym. Brak raportów z przesłuchań, brak adnotacji urzędowej odnośnie przeprowadzenia śledztwa wykorzystania magicznych roślin. Tylko zgoda, a na niej mój podpis.
Jenkins w zamian za krótszy wyrok skłamał i wciągnął mnie.
***
- A teraz moje panie, odwrócić się i złapać za kostki!
Strażniczka krzyknęła na nas chodząc z różdżką w tę i wew tę.
Po zapadnięciu wyroku z aresztu tymczasowego przenieśli nas do Nurmengardu. Właśnie odbywała się kontrola nowo przyjętych, a strażniczka chciała upewnić się, że nikt niczego nie przemyca.
Czułam się już wystarczająco upokorzona. Stałyśmy w szeregu, zupełnie nagie, a teraz w dodatku miałyśmy wypiąć się do kontroli. Recydywistki, które znalazły się tu po raz kolejny, zrobiły to bez oporu. Ja stałam wciąż trzęsąc się ze wstydu i nieudolnie próbowałam zasłonić intymne miejsca. Poczułam się jakby próbowali nas wszystkich tutaj zezwierzęcić. Jesteśmy ludźmi i należy nam się nieco odrobina prywatności, przecież mamy swoje prawa.
Jednak nie mając wyboru musiałam nachylić się i odczułam jeszcze większe upokorzenie gdy strażniczka świeciła różdżką w moją stronę, aby upewnić się, że niczego nie przemycam.
Potem dostałam swój przydział.
Nowy uniform, bielizna, buty.
Znalazł się też koc i poduszka. Wszystko było sztywne i szorstkie, tak jakby kilka sekund temu ktoś dokładnie to wykrochmalił. Dotykanie tych materiałów sprawiało mi niemalże fizyczny ból, a ich zapach odrzucał, przez co starałam się wdychać powietrze przez usta. Moje ubrania zawsze były idealnie gładkie i miękkie. I to wcale nie kwestia materiału, po prostu dbam o wszystkie rzeczy, aby jak najdłużej były zdatne. Nigdy nie lubiłam trwonienia pieniędzy bez sensu i pielęgnacja ubrań w odpowiednich detergentach była jednym ze sposobów na oszczędzanie.
Teraz już nie musiałam się o to martwić.
Przyciskając do piersi cały swój dobytek przeszłam razem z innymi osadzonymi na tył budynku.
Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że wciąż nie znajdujemy się we właściwym miejscu. Drzwi prowadziły do małej przystani, z której widok rozciągał się na ogromne jezioro.
Po środku, na maleńkiej wysepce majaczyło moje przeznaczenie.
Od samego patrzenia poczułam silny skurcz w żołądku, jakby zrobił mi się tam paskudny węzeł.
Nie wiedziałam czego się spodziewać.
Strażnicy rzucili na nas zaklęcie Digffyt Liberte*, które uniemożliwiało ucieczkę i poprowadzili w dół do brzegu jeziora.
Zostałyśmy rozdzielone na trzy osobowe grupy.
Uważając aby nie potknąć się i już na samym początku nie wyrobić sobie opinii ofiary społecznej, wsiadłam do łodzi. Zajęłam miejsce z tyłu tuż obok kobiety, która miała azjatyckie korzenie. Minę miała nie tęgą i patrzyła gdzieś w dal.
- Pierwszy raz?
Podniosłam głowę i spojrzałam na kobietę siedzącą z przodu łodzi. Lustrując ją uważnie kiwnęłam głowę, upewniwszy się wcześniej, że zwróciła się do mnie. - Kiedy ja płynęłam pierwszy raz wyobrażałam sobie, że są to wschodnioafrykańskie wybrzeża. Byłaś kiedyś w Afryce? - w milczeniu pokręciłam przecząco głową, jednak kobieta chyba nie oczekiwała mojej odpowiedzi, gdyż kontynuowała dalej. - Ja byłam. W Tanzanii, Hugh kiedyś mnie tam zabrał. Koniecznie musisz zwiedzić Tanzanię. Zebry były najfajniejsze. - wgryzła się w zielone jabłko i przez chwilę w ciszy je przeżuwała. - Albo żyrafy. - zmarszczyła brwi w zamyśleniu. - Te wysokie, z długą szyją... tak, żyrafy. Cholera. Ale mówię serio, Tanzania to miejsce, do którego musisz pojechać i to bez dyskusji.
W odpowiedzi tylko milcząco skinęłam głową. Gdyby nie uniform nie pomyślałabym, że jest więźniarką. Miała nienaganny wygląd. Pełny, staranny makijaż na porcelanowej twarzy, a błyszczące, czarne włosy ułożone idealnie. Przypominała mi dziewczyny z żurnali. Nie tego spodziewałam się po tutejszych więźniach. Z tego co słyszałam i zdążyłam zaobserwować w areszcie to osadzeni nie mają prawa do wygód jakimi są kosmetyki.
- A Ty byłaś gdzieś? - zapytała z uśmiechem.
- Praca rzadko kiedy pozwalała mi na urlop, ale zdarzyło mi się pojechać w Alpy. Raz byłam w jednej z austriackich wiosek podczas przerwy świątecznej. - nie wiedziałam jak z nią rozmawiać. Denerwowałam się, że powiem coś nie tak, a nie chciałam mieć wrogów od pierwszego dnia. Kiedy jeszcze pracowałam w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie raz słyszałam jak rozmawiali o tym co wyprawiają w Nurmengardzie kiedy spojrzysz na kogoś krzywo. Jednak nigdy niespecjalnie się tym interesowałam. Nie myślałam, że kiedyś znajdę się za jego murami.
- Gdzie robisz?
- W Ministerstwie.
- No jasne! Teraz już wiem! - dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i przysunęła swoją twarz dość niebezpiecznie blisko, a ja nie bardzo wiedziałam co mam zrobić z oczami, bo nie miałam odwagi na nią spojrzeć. - Kojarzę tę buźkę, tylko jakby była teraz bardziej okrągła. Dwa lata temu byłaś protokolantem w Wizengamocie?
- T-tak... - poczułam jak wtedy serce mi się zatrzymuje. - „No świetnie, wpadłam, a jeszcze nawet się tam nie znalazłam na dobre.” - pomyślałam. Byłam pewna, że kiedyś zaszłam jej za skórę, a dziewczyna siedząca naprzeciwko zaraz spuści mi łomot za to.
- A niech mnie. I ciebie wsadzili. Granger, prawda? - poklepała mnie po policzku chłodną dłonią i opadła na swoje miejsce śmiejąc się. - Za co?
- Ja w zasadzie jestem niewinna. - zdaje się, że powiedziałam coś niesamowicie zabawnego, bo roześmiała się jeszcze bardziej.
- Jak każdy z nas, kochanie. Zobacz, ja siedzę tutaj, a tylko chciałam miłości. Gorącej, namiętnej miłości od mojego Hugh. Sama przecież tam byłaś, więc wiesz, że też jestem niewinna.
- Byłam?
- Jasne, masz taką śliczną buźkę, że nie sposób jej zapomnieć. Byłaś protokolantką na mojej sprawie. Siedziałaś jak trusia i wszystko pilnie notowałaś. Nie pamiętasz? Jestem Lidia Lyone oskarżona o stalking.
- Wybacz.
- A ty za co? - spojrzała na kobietę o azjatyckiej urodzie.
- Wal się.
- Oooo, mamy ostrą zawodniczkę. Nic się nie martw złotko, zajmiemy się i tobą.
Gdy do łodzi wsiadła trzecia kobieta Lidia zwolniła blokadę i popłynęłyśmy w stronę twierdzy. Przez dłuższą chwilę próbowałam przypomnieć sobie proces Lidii, ale w tamtym okresie, gdy byłam jeszcze protokolantką było tyle rozpraw które spisałam, że nie umiałam sobie zbyt wiele przypomnieć. Codziennie spisywałam cztery albo pięć procesów. Chciałam być najlepsza i skupiałam się na pracy, a ludzie zasiadający na ławie oskarżonych byli dla mnie jak przechodnie na ulic, obojętni i bezimienni.
Bezradnie pokręciłam głową i utkwiłam smętne spojrzenie na ścianach Nurmengardu.
To była ostatnia chwila, więc cały swój los powierzyłam chmurom.
***
Noc zapadła, a ja wtuliłam twarz w poduszkę tak mocno jak tylko umiałam.
Chciałam zagłuszyć swój płacz. Myślałam cały czas o moich przyjaciołach. Brakowało mi ich. Potrafiliśmy nie spotykać się całymi tygodniami, a teraz, gdy nie minęła jeszcze doba odkąd widziałam ich ostatni raz, z całego serca pragnę być z nimi.
Odwiedzić Harry'ego i Ginny w ich cichym domku na skraju Doliny Godryka, usiąść przy kominku i napić się kolejny teraz tej cudownej porzeczkowej nalewki od pani Weasley.
Pragnęłam tego jak jeszcze nigdy. Mając coś na co dzień zwykle nie dostrzegamy wartości. Docenienie zawsze przychodzi po stracie.
Leżałam w głuchej ciemności i liczyłam wszystkie błędy w życiu.
Doliczyłam nawet wsadzenie Ronowi starego sera do drugiego śniadania, które zabrał do pracy. I to, że nawrzeszczałam na Sally podczas przyjęcia noworocznego kiedy upiłam się jak ostatnia idiotka i próbowałam poderwać Christophera Dayle'a.
Lista zwiększała się z każdą minutą, a ja, kończąc swój pierwszy dzień w więzieniu, zasnęłam dopiero gdy już świtało.
„The sun is out, the day is new.
***
- Hej, Granger, możesz usiąść ze mną. - Lidia poklepała stół obok siebie. - Tutaj panuje zasada jak w tych amerykańskich filmach o nastolatkach. Tam siedzą same dziwki. - wskazała kilka stolików obleganych przez kobiety o latynoskich korzeniach. - Z tamtymi się nie zadawaj nawet, kretyni wciąż wierzą w zmartwychwstanie ich boga Voldemorta i lepiej śpij mając oczy otwarte jeśli masz kogoś z nich w celi.
- Cześć dziewczyny. Nowa z nami?
- Zaprosiłam ją. To Granger, z Ministerstwa. Dasz wiarę, że była na moim procesie? - zupełnie nie rozumiałam Lidii. Była taka pełna życia i nadziei. Cieszyła się każdym szczegółem, a to, że byłam protokolantką chyba było czymś w rodzaju przysięgi wieczystej przyjaźni.
- Courtney Owens, maleńka. Cholera, znowu ta paskudna, śmierdząca owsianka. Mówiłam już naczelnikowi, żeby wymienił te pierdolone skrzaty, albo ja to zrobię. Ileż można to żreć? - Courtney odepchnęła od siebie tacę.
- Kuchnię obsługują skrzaty? - zapytałam.
Kiedy jeszcze uczyłam się w Hogwarcie miałam mały incydent z obroną skrzatów. Z perspektywy czasu cały ten ruch walczący o wyzwolenie ich wydaje się być teraz głupotą. Oczywiście, nadal głęboko wierzę, że ich zniewolenie jest czymś w rodzaju niewolnictwa, ale skrzaty kochają pracę.
- Inaczej byśmy zdechły z głodu. Naczelnik nie chce tutaj, żadnej kontrabandy, a każdy wie, że kuchnia jest idealnym miejsce na przepływ towarów.
- Kontrabandy? Kto by się na to odważył?
- Swego czasu pracowały w kuchni więźniarki. I było wszystko co chciałaś. Na Merlina, jak ja tęsknię za fajkami i truskawkowymi drooblesami. Niestety teraz gotują skrzaty, a więźniarki tylko wydają to coś jedzoniopodobne.
Dziewczyny zamilkły i skupiły się na śniadaniu. Wśród nich czułam się jak zagubiona owca. Nie wiedziałam nic. Gdyby nie Lidia nadal bym błądziła i szukała odpowiedniego miejsca na stołówce.
Wszystko jest takie nowe i niepewne. Nie wiesz, w którą stronę postawić krok, ciągle drżysz ze strachu.
Moim zamiarem było przesiedzenie wyroku tak jakby mnie tam nie było. Nie wdawać się w żadne dziwne znajomości ale i nie odstawać od reszty.
I byłoby to wszystko możliwe gdy nie mały huragan.
- Hej, Granger.
Ten głos, nawet po tylu latach, wciąż potrafiłam rozpoznać. Nawet gdyby wydobywał się z piekieł i tak wiedziałabym do kogo należy. Choć zważywszy na moją sytuację, to było niemalże piekło.
I w tym wszystkim on.
- Malfoy..
Subskrybuj:
Posty (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz