poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Drafne XIV - Magnolia



- Zatańczmy. - Draco wyszeptał do jej ucha podczas gdy wciąż trzymał jej ramiona i delikatnie pocierał mając nadzieję, że chociaż trochę ją ogrzeje.
- Jak to? - odwróciła się przodem do niego uderzając nosem w jego podbródek. - Przepraszam..
- Na dole jest bal. - wsunął dłoń pod marynarkę i objął ją w tali przyciągając na odpowiednią odległość. - Wszyscy tańczą. Słychać muzykę dobiegającą z Wielkiej Sali. Noc powoli kończy się, miejmy też jakieś miłe wspomnienia, w końcu to Bal Bożonarodzeniowy.
Patrzyła na niego zupełnie zaskoczona. Jednak pozwoliła objąć się szczelniej i podała mu dłoń.
- Więc prowadź mnie. Niech cały świat mi chociaż raz zazdrości. - wyszeptała i oparła podbródek o jego ramię. - Prowadź mnie...
Nigdy jeszcze nie byli tak blisko.
Nigdy tak świadomie.

To, że niósł ją spojoną eliksirem słodkiego snu nie liczyło się.
Ani to, że przygwoździł ją w porywie gniewu.
Liczyło się tu i teraz. Kiedy delikatnie przesunął dłoń z jej talii na plecy i kciukiem kreślił nieokreślone wzory, wywołując dreszcze pędzące wzdłuż kręgosłupa.
Starał się nie zwracać uwagi na jej ciepły oddech, który owionął jego szyję. Niepewnie przycisnął ją do swej piersi i nieco mocniej zakołysał z nią.
- Po co ci te ohydne rękawiczki? - przerwał ciszę obserwując jej dłonie ukryte w długich, szarych rękawiczkach.
- Po prostu lubię.
- Ale długie rękawiczki bardziej pasują kobietom w wieku mojej matki, a nie nastoletniej czarownicy.
- Po prostu lubię. - powtórzyła nie otwierając oczu. - Malfoy?
- Tak? - wymruczał cicho by nie zagłuszyć muzyki.
- Dlaczego tak bardzo mnie nie znosisz, a teraz tańczysz ze mną? - podniosła głowę i spojrzała na niego.
Draco na chwilę zatrzymał się. Zmarszczył czoło i przez moment uważnie obserwował ją. Analizował każdy kawałek jej twarzy kiedy nagle lekko uśmiechnął się.
- Masz to, na co godzisz się. Dafne, to nie tak, że ja cię nie znoszę. Po prostu różnimy się. Mamy zbyt różne charaktery i cele.
- Jakie są twoje cele?
Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć jednak zamarł. Zatrzymał się, a jego dłonie przestały błądzić po jej plecach. Patrzył na jej malinowe, zachęcające usta i przerażony ich bliskością nie był w stanie nic z siebie wydusić. Nie potrafił nawet na moment skupić się na tym co miałby jej powiedzieć.
Nie mógł się zdradzić.
- Nie dziś, Greengrass. - delikatnie ją okręcił aby oderwać spojrzenie od tych ust.

Delikatnie kołysali się w takt muzyki dobiegającej z dołu.
Trwali tak jeszcze przez kolejne dwie piosenki, dopóki Fatalne Jędze nie zaczęły grać skocznych melodii.
Już miała go puścić kiedy objął ją i schował w swoich ramionach.
Był tak nieprzewidywalny.
Jeszcze rano groził jej i obrażał się.
A teraz zaciska w ramionach jakby należała tylko do niego.
- Jeszcze nikt nigdy tak ze mną nie tańczył, ani nawet nie patrzył na mnie w ten sposób... - wyszeptała.
- Wiem, Dafne. - odgarnął z jej oczu włosy i utkwił w nich spojrzenie. - Wiem też, że zrozumiałaś, więc teraz pocałuj mnie.

Zamarła.
Cała stężała i struchlała.
Wiedziała, że zbłądziła, ale żeby aż tak?
Nie do końca pewna tego co usłyszała zamrugała oczami. Zastanawiała się czy to była świadoma zagrywka Malfoya czy to wszystko wpływ emocji.
Z zamyślenia wyrwało ją muśniecie jego ciepłych warg. Całkiem nieświadomie rozchyliła swoje własne, co Draco uznał za zgodę i pogłębił pocałunek. Stwierdziła, że to nie ona teraz kieruje swoim własnym ciałem gdyż ręce same powędrowały ku górze i wplotła je w jego włosy. Pocałunek tak delikatny na początku, stał się bardziej zachłanny i namiętny. Żar gdzieś podsycany wybuchł i sprawił, że poczuli się jak odurzeni.
- Czy teraz cały świat będzie ci zazdrościł? - wyszeptał wprost jej wilgotne usta, a w odpowiedzi otrzymał niezrozumiałe mruczenie.
- Tak, Draco... myślę, że tak. - spuściła głowę by ukryć swoje zarumienione policzki i czerwone usta.

Wyczuł jej wstyd.
Mocniej przyciągnął ją do własnej piersi i upajał się zapachem. Słodkim zapachem truskawek. Na myśl przywiodło mu się krótkie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy w kącie ogrodu znalazł kilka małych kępek truskawek Narcyzy. Pokusa była silniejsza od zakazu matki. Zerwał je i zaszyty w rogu wpychał jedną po drugiej do buzi. Do dziś pamięta ich niesamowity smak i świeży rześki zapach.
Tak jakby to był zapach Dafne.
Już dawno tak dobrze się nie czuł.
I nigdy w jej towarzystwie.
Swobodnie i całkiem naturalnie.
Na powrót objęła go za szyję i ucałowała w policzek, sprawiając, że mimo woli cicho zamruczał.

- Naprawdę powinnaś przestać nosić te paskudne rękawiczki.
Do jego uszu dobiegł jej cichy śmiech.
Chyba nigdy go nie słyszał.
- Nie. - nagle odepchnęła go nie podnosząc wzroku. - Jesteś dupkiem, Malfoy. Aroganckim, chamskim, bezczelnym, bezdusznym, cynicznym, egoistycznym, bezczelny, zakłamanym, pewnym siebie i podłym dupkiem. I narcystycznym! Czego chcesz tym razem? - obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
- Odbiło ci? Zgłupiałaś?
- Tak, już prawie dałam się nabrać!
- Nabrać?
- Nie udawaj idioty, oboje wiemy o co ci chodzi. Nie tym razem, Malfoy.
- Rety, chodzi ci o tego całusa? Masz chłopaka? Nie wydaje mi się, bo nigdy żadnego nie widziałem. No chyba, że przystałaś na propozycję Blaise'a, co byłoby totalnie nie mądre z twojej strony. A wierzę, że inteligentna z ciebie dziewczynka.
- Nie nazywaj mnie dziewczynką.
- Inteligentną dziewczynką? To dla ciebie obelga?
- Dla swojego dobra, Malfoy, natychmiast przestań.
- A co? Taka słodka dziewczynka rzuci na mnie upiorogacka, żebym w końcu zaczął się jej bać? Nawet nie masz różdżki przy sobie.
- Nie żyjesz, dupku.

Chciała rzucić się na niego z piękną wizją wydrapania oczu i wypełnieniem pustych oczodołów solą, kiedy chwycił ją za ręce i delikatnie wykręcił.
- To ja jestem tym silniejszym. Zapamiętaj. - wyszeptał do jej ucha chuchając w nie parzącym, suchym oddechem. Dzikie dreszcze wróciły i nieznośnie zagnieździły się w lędźwiach. Choć nie widziała tego to doskonale wyczuła jak oblizał usta, pozbywając się kilku jej blond kosmyków z ust.
- I ściągnij wreszcie te ohydne rękawiczki, Dafne.

środa, 10 czerwca 2015

Drafne XIII - Magnolia







Wielka Sala tego wieczoru była olśniewająca.
Zniknęły ciepłe i przytulne kolory brązu i beżu. Pojawiły się natomiast srebrno-mroźne barwy, które kusiły i wprowadzały w magiczny czas świąt. U szczytu Wielkiej Sali stały trzy potężnie rozłożyste choinki bożonarodzeniowe przyozdobione jedynie małymi, ledwo tlącymi się lampionami i skrzącym śniegiem.
Uczniowie już przybyli kręcili się pomiędzy stolikami zachwycając się nad dekoracjami. Dziewczyny gorączkowo dyskutowały o kreacjach wybranych na ten wieczór, a chłopcy skrywali się w kątach aby żadna koleżanka nie pociągnęła ich do tańca.
Dafne nie miała zamiaru iść na bal.
Chciała wrócić do domu na święta i spędzić Boże Narodzenie z rodziną. Przy rodzinnym ognisku w otoczeniu ukochany osób zażywać spokoju. Jednak Milicenta i Pansy każdego dnia błagały ją o uczestnictwo w balu. Niechętnie zlitowała się nad nimi i zgodziła. Hermiona też ucieszyła się z jej obecności i obiecała pomoc w szybkim przygotowaniu.
Nie mając wielkiego wyboru założyła imperialną suknię ze sklepu Madam Malkin, którą pożyczyła od Pansy. Była szara i delikatnie plisowana. Dziękowała w duchu, że Pansy zdecydowała się na jednoramienny model. W przeciwnym wypadku założenie tej sukni stałoby się niemożliwe. Obserwując siebie w lustrze mruczała pod nosem jak można mieć tak małe piersi. Czasem odczuwała delikatną zazdrość. Pansy miała wszystko, bujną burzę włosów, idealne piersi, zgrabną figurę. Przy niej czuła się jak nic niewarte chuchro.
Przez jeden krótki moment w jej głowie zahuczały słowa Malfoya.
Szybko jednak pokręciła głową odpychając natrętne myśli i skupiła się na upięci włosów.
Kiedy pojawiła się Hermiona w swojej różowej sukni obsypanej setkami falbanek nie mogła wyjść z podziwu. Kątem oka zauważyła, że Potter stoi jak wryty, a Weasley szykuje swoje łapska by wyciągnąć w jej stronę.
Dopiero wtedy zauważyła kto zaprosił Granger na bal. Nie pytała o to wcześniej. Nawet nie interesowała się tym zbytnio. Sama podjęła decyzję w ostatniej chwili i przybyła na bal bez osoby towarzyszącej. Mimo to była szczerze zdumiona gdy Wiktor Krum ucałował roztrzęsioną dłoń Gryfonki i dumnym krokiem powędrował z nią do Wielkiej Sali. Szczerze nie znosiła tego Bułgara, który był zapatrzony w siebie i swoje mięśnie.
- To dziwne, Hermiona i Krum? - zagadnęła.
- Sam jestem zdziwiony. Mówiła, że ktoś już ją zapro.. Dafne.. rety, wyglądasz nieziemsko. - Harry przerwał wpół słowa i zlustrował Greengrass.
W odpowiedzi tylko delikatnie zarumieniła się i skinęła głową.


***


- Możemy zatańczyć?
Dafne uniosła głowę i zmrużyła oczy.
Przed nią wyrósł nie kto inny a sam Blaise Zabini.
Decydując się przyjść na Bal Bożonarodzeniowy spodziewała się, że w końcu będzie musiała się z nim skonfrontować.
Przez moment obserwowała go bez najmniejszego ruchu, kiedy zadziwiając samą siebie w końcu kiwnęła głową.
Blaise z uśmiechem poderwał ją do tańca.
- Dafne...
- Nie. - szybko przerwała. - Chciałeś tylko zatańczyć.
- Tak, ale chcę żebyś wiedziała, że nie robiłem tego pod dyktando Malfoya.
- Nie psuj mi wieczoru. - mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu.
- Przepraszam cię. - objął ją ciaśniej w talii i przytulił do swojego ciała.
To była pierwsza chwila kiedy znajdował się tak blisko niej i mógł chłonąć i cieszyć się każdą sekundą spędzoną tuż przy niej. Odurzał się wspaniałymi zapachami jaśminu i werbeny bijącymi od jej ciała, a ciepło sprawiało, że czuł się jak otępiały.
- Wciąż cię uwielbiam, Dafne. - wyszeptał.
- Blaise... ale to.. nie. To jest bezsensu.
- Dlaczego? Przecież sama mówiłaś. - wyszeptał do jej ucha.
Dafne tylko delikatnie wyszarpnęła się z objęć i spojrzała na niego. Nie wiedziała co mu powiedzieć. W odpowiedzi zwiesiła głowę i odeszła.
Kroki skierowała w stronę wieży astronomicznej. Potrzebowała ciszy i spokoju.
Wszędzie tłum rozwrzeszczanych dziewczyn ganiających chłopaków doprowadzał ją powoli do szału. Zaczynała żałować, że zgodziła się tutaj przyjść. Mogła teraz spokojnie siedzieć przy ciepłym kominku i pić mleko cynamonowe. Jak co roku podsunęłaby kubek tacie, aby spił obrzydliwy kożuch tworzący się na powierzchni, a mama zasypałaby ich piernikami z lawendą.
- Cholera jasna. - zaklęła pod nosem. - Durna jestem.
- Potwierdzam, Greengrass. - z mroku wyłonił się Draco czym doprowadził ją prawie do migotania przedsionków. - Co takiego się stało, że w końcu doszłaś do tego wniosku?
- Malfoy, nie drażnij mnie, bo...
- Tak, wiem. Cruciatus. - dokończył za nią.
Nie odpowiedziała.
Pomiędzy nimi zapadła cisza.
Nie ta niezręczna. Nie ta, która krępuje. Całkiem wygodna cisza. A przecież wiadomo, że jest trudniejsza od krzyku. Krzyczeć jest łatwo, każdy to potrafi, lecz osiągnąć ciszę znacznie trudniej. Zwłaszcza tę, która jest czysta.
To znak, że spędza się czas z wyjątkową osobą.
- Dlaczego tu przyszłaś? - oparł się o kamienny mur i zerknął na nią.
- Duszno tam.


Do jej uszu dobiegło tylko ciche mruknięcie, zupełnie niezrozumiałe.
- Zupełnie jak w tych twoich obrazach, które lubisz. - podbródkiem wskazał usiane gwiazdami niebo. Wyglądało jakby było tuż na wyciągnięcie ręki, a każda gwiazda wydawała się być odrębną galaktyką z milionami kolejnych.
Dafne zadarła głowę do góry i utkwiła spojrzenie gdzieś pośród gwiazd.
- Tam jest gwiazdozbiór smoka, prawda?
- Tak. - mruknął i spojrzał w tym samym kierunku. - Zdeptany przez Herkulesa.
- Nie rozumiem. - spojrzała na niego zaciekawiona. - Kto to jest Herkules?
- Taka przemądrzała i zarozumiała, a nie wiesz kim był Herkules? - energicznie pokręciła głową, a kilka loków wypadło z misternie upiętej fryzury.
- Jest taka legenda. W sumie mit. Kiedy starożytni Grecy wierzyli, że rządzi nimi gromowładny Zeus myśleli, że mieszka on na wielkiej górze Olimp. Wierzyli też w piękny ogród, w którym znajdowały się złote jabłka. Herkules za karę miał wykonać dwanaście ciężki, niemożliwych dla człowieka prac. Jedną z nich było wykradzenie złotych jabłek z ogrodu Hesperydy. Tyle, że cała frajda polegała na tym, że wszystkiego strzegł Ladon, potężny smok. Kiedy został zabity, Hera cierpiała nad jego stratą i dla uczczenia pamięci postanowiła umieścić go na niebie by móc cały czas go obserwować. Stąd też i Herkules. - wskazał dłonią gwiazdozbiór. - Nachodzi na smoka. Symbol wygranej.


- Oszukujesz mnie teraz. - wsparła brodę na dłoni i przyjrzała się mu.
- Nie. Ty lubisz oglądać te obrazy dziwnie męczące, a ja lubię historię.
- Historię?
- Nie tę mugolską oczywiście. Jest nudna. Dopiero gdy czarodzieje maczają w niej swoje różdżki staje się taka... hmm...
- Magiczna?
- Trochę groteskowo to zabrzmiało. - roześmiał się. - A w ogóle wiedziałaś, że było wielu czarodziei wśród mugoli? Na przykład taka królowa Wiktoria Hanowerska. Czarownica jak w mordę strzelił. To stara czystokrwista konserwatystka. Pieprzyła o jakiś konwenansach społecznych, a wszystko po cichu załatwiała magią. Słynęła z częstego używania imperiusa. Dlatego nad Imperium Brytyjskim „słońce nigdy nie zachodziło”.

Dafne patrzyła na niego z zafascynowaniem i słuchała o rzeczach, o których nie miała pojęcia. Ani w na lekcjach nudnego Binnsa, ani też w szkolnych podręcznikach nie znalazła by tak ciekawych rzeczy. Z ogromnym zdziwieniem obserwowała i go i zastanawiała się skąd tyle wiedział.
- Wojna dwóch róż też opierała się na magii.
- Dwóch róż?
- Mhm. - kiwnął głową. - Lancasterowie i Yorkowie bili się o tron. Ci pierwsi mają w herbie czerwoną różę, a drudzy białą. Stąd taka nazwa. Siekli się równo przez trzydzieści lat. W ostatecznej bitwie, niedaleko Nottingham, specjalnie Henryk Tudor zaciągnął wszystkich na odległe polany, kilka zaklęć niewybaczalnych, parę maskujących i tron należał do niego.
- Ale która róża wygrała?
- Czerwona. Był spokrewniony z Lancasterami, ale i tak zapoczątkował nową dynastię Tudorów. Cała jego rodzina to czarodzieje czystej krwi, bo jeśli chodzi o Wiktorię Hanowerską, ona pochodzi z Niemiec, wzięła ślub z jakimś mugolakiem. Dlatego ukrywała się. W pałacu królewskim oprócz kilku jej dworek nie było nikogo więcej kto parał się magią. Tudorowie rzucali zaklęciami na lewo i prawo.
- Myślisz, że my też przeżyjemy jakąś wojnę? - zadrżała. Draco pomyślał, że zwyczajnie zmarzła i zarzucił na jej ramiona własną marynarkę wprowadzając w ją jeszcze większe zdumienie.
- Na pewno. Już czuć jej smak.
Przymknęła oczy i chłonęła zapach jego marynarki.

Drafne XII - Magnolia



- Co czytasz?
- Nic. To album.
- Album?
- Tak, oprócz zdjęć obrazów nie ma tu nic więcej. Jest tylko krótka nota o malarzu.
- Mhm.

Podniosła głowę i spojrzała na niego.
Całkowicie nie rozumiała dlaczego ten irytujący człowiek właśnie do niej się uśmiechał.
Opierał się o zagłówek fotela i spoglądał w album, który przeglądała.
Patrząc na jego bladą twarz była w stanie wymyślić trzydzieści siedem inwektywów, którymi mogła go w tej chwili obrzucić, trzydzieści siedem soczystych słów na temat jego podłego charakteru, wyrachowania i zniewalającego uśmiechu.
- Dzięki.
- Co?
- Za to, że nie zrobiłeś mi głupiego numeru po wypiciu eliksiru słodkiego snu.
- Mhm.
- Serio, doceniam.
- Mhm.
Zirytowana wróciła do przeglądania albumu. 
Starała się ignorować jego ciepły oddech okalający jej szyję.
Zastanawiała się co się stało. Kiedy zbłądziła na ścieżce nienawiści. Jeszcze nie tak dawno Draco zwijał się porażony niewybaczalnym zaklęciem cruciatus, a teraz całkiem spokojnie znoszą swoje towarzystwo. Najczęściej działo się tak gdy nie było świadków. Kiedy stali sami obok siebie i lustrowali się nawzajem próbując odgadnąć czy każde z nich teraz jest sobą.

- Dziwne te obrazy. Co one niby mają przedstawiać? Wszędzie śmierć, szkielety i jakieś paskudztwa - pochylił się nad albumem opierając brodę o jej ramię i przyjrzał uważniej. - Nevermore. - odczytał napis. - Ohydne, jakieś dwa wilki przyglądają się odlatującemu balonowi. I co to niby znaczy?
- Malfoy, twoje poczucie sztuki przeraża mnie. - odgarnęła włosy z ramion. - Autor maluje to co widział, one dotyczą samotności i nieuchronnej śmierci. Widział śmierć najbliższych, więc dla niego to koniec świata. Armagedon stąd te ciemne, mroczne barwy. To Zdzisław Beksiński, taki polski malarz. Wiesz w ogóle gdzie leży Polska? - zamknęła album i odsunęła się zabierając ramię spod jego głowy.
- Masz mnie za idiotę? - przeskoczył przez oparcie kanapy i rozłożył się nonszalancko. - Znam się na sztuce i tak, wiem gdzie leży Polska. To mały, biedny kraj nad Bałtykiem. Zniszczony przez wojnę, w której także brali udział czarodzieje. Cały wojenny teatr opierał się na siłach czarodziejów. Pamiętasz może z historii lądowanie w Normandii? Desant powietrzny to głównie czarodzieje używający zaklęcia kameleona. A skoro jesteśmy przy Francji to pozwól, że nieco opowiem ci o mojej rodzinie, a szczególnie o moim starym wujku Jean Bertholle. Malarzu. Więc w mojej arystokratycznej krwi mam kilka kropelek kreolskiej. - złośliwy uśmiech wypełzł na jego twarz.
- Nie znoszę cię. - zrzuciła jego nogi z kanapy, a on w odpowiedzi szczerze roześmiał się.
- Nevermore. - powtórzył i chwycił album otwierając go na wspomnianym obrazie. - Jak można to zinterpretować? - zmarszczył brwi.
- Syn Beksińskiego, który popełnił samobójstwo, uwielbiał wiersz Edgara Alana Poe i właśnie...
- Nazywał się „Nevermore”. Znam ten wiersz. Mimo wszystko jednak bardziej uwielbiam nowelę „Black Cat”, znasz może? 
Siedziała naprzeciw niego i patrzyła z niedowierzaniem. 
W całej swej okazałości zajmował większą część kanapy i szelmowsko uśmiechając się prawił na temat literatury.
Ten Malfoy, którego znała, w niczym nie przypominał tego siedzącego przed nią.
- Nie dziwię się, że to uwielbiasz. Pijaństwo, okrucieństwa i morderstwa. Coś dla ciebie, a może powinnam powiedzieć, że o tobie. - dumnie wypięła pierś zadowolona z siebie, bo w końcu starła mu ten złośliwy uśmieszek.
- Złe zagranie, Greengrass. JA nikogo nie zabiłem. 
- W przeciwieństwie do twojego ojca, hmm? 
- Grzechy mojego ojca nie są moimi. - nachylił się nad nią i przygwoździł ją. - Nie zaczynaj, Greengrass. - wycharczał wprost w jej usta. - Bo zawsze może to się zmienić.

Leżał na niej ubezwłasnowolniając każdy jej ruch.
Mogła dokładnie poczuć jego ciężar i parzący oddech.
I ten zapach. 

- Złaź ze mnie i to natychmiast, bo jeśli tego nie zrobisz to...
- To co? Co mi zrobisz? Znów rzucisz crucio? - zacisnął rękę na jej nadgarstkach, a drugą dłonią przesunął po biodrze. - Nie jest tak strasznie jak myślałem.
- Przestań! - zapiszczała i spojrzała błagalnie w jego stalowoszare oczy. - Przestań... 
- Ahh, więc tu jest twój czuły punkt.
- Wolę jednak interpretować z tobą wiersze. 

Zacisnęła ręce w pięści i wyszarpała się z jego uścisku. 
Odpychając go znów wyczuła pod koszulą bandaże. Ciekawość była silna, ale nie miała zamiaru ponownie być wytarganą za włosy. Skonsternowana spojrzała na niego i zasępiła się.

- Jak robisz tę minę wyglądasz paskudnie. Widać ci zmarszczki.
- Malfoy!
- Do zobaczenia na balu. Mam nadzieję, że zatańczymy
Wyszczerzył się i leniwie podniósł z kanapy.